12 lat temu moje ciało odmówiło  współpracy. Najpierw było ciągle przeziębione, potem przestało spać. Bywały noce gdy udało mi się zapaść w sen zaledwie na dwie, trzy godziny. Swoim życiem w wiecznym pośpiechu, nieustającą walką, pretensjami do świata, doprowadziłam do tak wysokiego poziomu adrenaliny, że moje ciało nie było w stanie się uspokoić. To nie była choroba z zewnątrz, to była choroba, w którą wprowadziłam się sama żyjąc na krawędzi. Dziś dziwię się, że skończyło się tylko na bezsenności, że ciało nie odreagowywało inaczej…

Szlachetne zdrowie…

Życie w głębokim stresie odbiera nam uważność na sygnały, które ciało wysyła codziennie. Żyjemy dziś w wiecznym niedoczasie, źle się odżywiając, zamknięci na świat przyrody i świat relacji międzyludzkich. Naszym Bogiem jest rywalizacja i pieniądz. „Szlachetne zdrowie”, jak pisał Kochanowski, doceniamy dopiero wtedy gdy je nagle tracimy. Gdy nagle coś co było codziennością staje się potwornie trudne do wykonania. Do tego czasu wydaje nam się, że jesteśmy nieśmiertelni, a choroby przydarzają się innym, bliżej nie znanym.

Solidarność w zdrowiu i chorobie

Co się z nami stało? Pamiętam moje dzieciństwo na podwórku gdy nikt nie przejmował się biegłą znajomością języka angielskiego w wieku 9 lat, baletem czy grą na pianinie. Za to cały dzień byliśmy w ruchu wymyślając ciągle nowe zabawy. Uczyliśmy się kreatywności i pracy w zespole. Kiedy ktoś zachorował na odrę, czy zapalenie opon mózgowych to się go odwiedzało, przynosiło lekcje, jakoś żaden rodzic czy nauczyciel nie robił paniki z takiej choroby i nie straszył epidemią. Raz musieliśmy wszyscy iść na dodatkowe szczepienie gdy koleżanka dostała żółtaczki. Wracaliśmy do domu brudni, objedzeni jabłkami z pobliskiego sadu, ale byliśmy zdrowi i bardzo szczęśliwi. Konflikty załatwialiśmy między sobą, jakoś nikt w to nie angażował rodziców bo to był zwykły obciach.

W pogodni… za utratą zdrowia

Minęło zaledwie 30 lat, a dzieciństwo wygląda dziś zupełnie inaczej i śmiem postawić tezę: wypuszczamy spod naszych skrzydeł  społeczeństwo chore, słabe i niepotrafiące radzić sobie w zespole i w życiu. To, co dawało nam hart ducha zdrowie emocjonalne, przekładające się na zdrowie fizyczne dziś leży w gruzach. Wpuszczamy w dorosłe życie osoby, które większość dzieciństwa były wożone na różne zajęcia, wyrosły w poczuciu ogromnej rywalizacji i przekonaniu, że wiele rzeczy załatwią za nich rodzice. Ta rywalizacja wprowadzana już na etapie wczesnoszkolnym towarzyszy dziś każdemu praktycznie cały czas w dorosłym życiu. W pracy mamy rankingi, deadliny, limity do wykonania. Jesteśmy wiecznie oceniani, wiecznie pod pręgierzem bo jeśli nie osiągniemy tych wyników-wylecimy z pracy. Nie mamy czasu na pielęgnowanie przyjaźni, relacje stały się powierzchowne i ograniczają się do rzadkich spotkań. Potrzebujemy alienacji żeby odpocząć, ale z drugiej strony nie potrafimy już  żyć w ciszy.

Thich Nhat Than – jeden ze współczesnych  duchowych przewodników, w jednej ze swoich książek pisze, że cisza będzie niedługo największym deficytem ludzkości, a czego jak nie ciszy potrzebujemy do odpoczynku?

To wszystko powoduje, że nasz organizm funkcjonuje dziś nie według prawa naturalnego, a przecież jesteśmy częścią natury, a według narzuconych mu zewnętrznych norm, którym nie bardzo jest w stanie podołać. Boli nas głowa łykamy tabletkę nie zastanawiając się nawet nad przyczyną tego bólu. Nie myślimy o tym, co jedliśmy, czy mieliśmy trudną rozmowę, czy zawaliliśmy noc siedząc nad jakimś projektem. Tabletka czy szósta kawa załatwi ból, a my możemy dalej funkcjonować.  Choroby cywilizacyjne, które w naszej szerokości geograficznej panoszą się i mają całkiem dobrze są wynikiem zaburzenia zdrowia emocjonalnego i bardzo podrażnionego systemu nerwowego, na co sami skutecznie pracujemy.

Zdrowie na pierwszy miejscu

Z wielu badań dotyczących wartości wynika, że my Polacy zdrowie  stawiamy najczęściej na pierwszej pozycji. Doceniamy je jednak tylko w teorii bowiem statystyki donoszą, że co dziesiąty Polak nie robi w ogóle badań profilaktycznych, a dopiero po zawale dowiaduje się, że ma miażdżycę lub cukrzycę*. Jako powód podajemy głównie…. lęk przed wykryciem choroby lub brak czasu na badania. Jak to jest, że dokonujemy regularnych przeglądów naszych samochodów, instalacji domowych, oddajemy do serwisu nawet ekspresy do kawy, prowadzamy do weterynarzy nasze zwierzęta, a sami siebie tak bardzo zaniedbujemy. Doskonale wiemy, że wczesne stadium jakiejkolwiek choroby daje nam dużo większą szansę na wyleczenie, ale bagatelizujemy objawy lub…. po prostu ich nie zauważamy. Na profilaktykę po prostu szkoda nam czasu i pieniędzy. Zatrzymuje nas dopiero ostry ból.

Do tego, żeby ciało zareagowało w tak drastyczny sposób na ogół doprowadzamy się latami. Jak już napisałam, jesteśmy wytworem natury i powinniśmy żyć według prawa naturalnego. Bliżej nam dziś jednak do wyimaginowanych cyborgów z kreskówek, przynajmniej w naszej chorej wyobraźni tak właśnie siebie traktujemy. Przekraczamy możliwości naszego organizmu pracując po 12 godzin na dobę, pracując w dni wolne, uciekając od społeczności, alienując się w swoich domach i traktując laptop jako najlepszego przyjaciela. W nim toczy się całe nasze życie, przestajemy wychodzić do kina bo filmy są w necie, przestajemy spotykać się z przyjaciółmi bo wiemy co robią z facebooka, nawet zakupy żywieniowe robimy nie wstając z kanapy, ewentualnie otwieramy drzwi żeby je odebrać od kuriera. Robimy z siebie samotnie dryfujące wyspy, a nasz organizm bardzo tego nie lubi. Prawo naturalne stworzyło człowieka do kolektywnego życia i do życia w ruchu. Czy znacie jakiekolwiek zwierzę, które nie żyje w stadzie? Czy obserwujecie zwierzęta domowe lub ptaki i zauważacie jak wygląda ich dzień? Człowiek stoi na szczycie drabiny ewolucji, ale pochodzi z natury i jego organizm ma  w związku z tym pewne ograniczenia.

Więc jeszcze raz pytam: co się z nami stało????

 

Pomimo faktu, iż miałam szczęśliwe podwórkowe dzieciństwo, sama uległam rankingom i rywalizacji.  Przypłaciłam to bezsennością, ale potrafiłam się zatrzymać i dzięki pomocnym ludziom i mojej determinacji zrobiłam STOP. Zwolniłam w życiu i nagle okazuje się, że można żyć godnie i szczęśliwie nie goniąc, nie robiąc wszystkiego w pośpiechu i w terminie, którego ktoś żąda, a który jest po prostu nierealny. Migrena, która towarzyszyła mi przez lata zniknęła sama, zdrową dietą wyleczyłam się z permanentnych katarów, wyregulowałam sen i śpię jak zabita 7 godzin.

Zdrowie = MY

Zdrowie to podstawa naszej egzystencji. Bez niego wali się wszystko: praca, rodzina, relacje… nasza rzeczywistość zmienia się diametralnie. Dlaczego więc to co jest podstawą naszej egzystencji tak bardzo zaniedbujemy myśląc, że to właśnie ja jestem cyborgiem, to nie mnie przydarzy się ból, który będzie ostatecznym zatrzymaniem.  Zaplątany umysł tworzy swoje własne scenariusze często oderwane od rzeczywistości, a ciało podąża za jego wytworami spinając nam mięśnie, przyspieszając bicie serca, powodując zakwasy jak po ciężkim treningu. Nie reagujemy na to, nie odczytujemy tego jako mądrych sygnałów naszego ciała, które w końcu żeby nas zatrzymać wysyła chorobę. Przeklinamy wtedy Boga, służbę zdrowia, ludzi, którzy „sprzedali nam wirusa” najmniej zastanawiając się, że to MY sami jesteśmy w 100% odpowiedzialni za nasze zdrowie.

Znajdź chwilę dla siebie

Kiedy ostatnio byliście na spacerze w lesie, słuchaliście śpiewu ptaków, czuliście zapach igliwia, siedzieliście z przyjaciółmi grając w planszówkę i delektując się ich towarzystwem zamiast alkoholem? Kiedy zapadliście się w waszej kanapie na cały dzień z dobrą książką? Kiedy zjedliście domowy rosół z mamą? To są najlepsze  lekarstwa dla smutnej duszy i zbolałego ciała.